Dzwonki, Milka, 007 i inne atrakcje

Milka, dzwonki, James Bond, Top Gear i hotel. Co łączy te wszystkie przypadkowe słowa? Miejsce, a dokładniej Szwajcaria. Destynacja ustalona na ten rok. No i w sumie w dalszej części Włochy, bo ten wypad był rozłożony na dwa kraje. Ale w tym wypadzie to o kraj Milki i dobrych serów tutaj chodziło. To był cel tego roku. Roku, który miał być przełomowy po ostatnich latach zastoju (jeżeli chodzi o poważne jeżdżenie). Zima była fajnie przepracowana i wyglądało, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Niestety, po raz kolejny życie pokazało mi środkowy palec i cały chytry plan legł w gruzach zanim się na dobre zaczął. Aczkolwiek teraz, z perspektywy czasu nie było tak źle. Może forma nie powstała mocno na nią liczyłem, ale zmieniłem rower na ten swój wymarzony, wyśniony, spotkałem kilku naprawdę fajnych ludzi np. z LOCA BIKES. No i na końcu, dzięki kilku przyjaciołom, udało mi się zawitać do kolarskiego nieba. Bo Szwajcaria ze swoimi przełęczami takim kolarskim niebem jest. Byłem w wielu miejscach, wiele z nich było kultowych, pięknych, budziło we mnie pokorę i szacunek do gór, tras, kolarzy z profesjonalnego peletonu przeżywając to, z czym się mierzą. Jednakże szwajcarskie klimaty zostawiają daleko w tyle to wszystko. I w sumie nawet ciężko mi powiedzieć dlaczego. Piękne widoki widziałem w innych miejscach, trudniejsze podjazdy wjeżdżałem, bardziej kultowe miejsca zwiedziłem. Ale tu mamy to wszystko razem, w jednym miejscu. I chyba na tym ta magia polega. Gdziekolwiek byś nie pojechał miałeś to combo wrażeń ze sobą. Furka Pass jest wymagająca niczym Gavia czy Madeleine. Furka Pass jest kultowa niczym Stelvio, Furka Pass zapiera dech w piersiach i pieści twoje zmysły niczym Mont Ventoux. Miałem tutaj wrzucić relację z wyjazdu… ale to chyba nie ma sensu. Te miejsca trzeba zobaczyć i żaden opis czy artykuł tego nie odda. A połączenie tej wizyty w kraju fioletowej krowy z wizytą nad Como daje tydzień bólu, frajdy, walki, przyjemności. Oraz wspomnień, które już na zawsze ze mną pozostaną. Takie dni przypominają nam, że wytrenowanie jest fajne, ale cieszenie się wszystkim wokoło jest lepsze. Jeżeli będziecie mieli możliwość zawitać w tamte rejony – polecam z całego serca. Trasy znajdziecie pod spodem. I w sumie możecie napisać, chętnie jeszcze raz tam pojadę.

DAY 1 – ROZGRZEWKA 🙂
DAY 2 – NIENAWIDZĘ ROWERU… 😉
DAY 3 – GIRO DI COMO
DAY 4 – IN THE END…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *